"Wiatr wieje, dokąd chce, i szum jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha" (Jan 3:8). Po części o mnie, po części o tych, których kocham, po części o tych, których mijam i utracić nie chcę bezpowrotnie. O kolorach życia i prawdzie. Z Nim.
czwartek, 10 listopada 2011
Pobawię się w życie
czwartek, 22 września 2011
Nowe
Rozpoczęłam pisanie nowego bloga, na który Was bardzo serdecznie zapraszam! Tutaj piszę bardziej osobiście, tam raczej obserwuję świat i piszę o innych. Oczywiście tu nadal będę publikować posty, jak zawsze z zamiarem, że częściej, choć pewnie krócej. A może bardziej multimedialnie? Zobaczymy, co z tego wyjdzie. W każdym razie, zapraszam również na adabrowska.com!
A.
sobota, 10 września 2011
Dziś
and I see ugliness and beauty
an angel lives inside a liar
and he doesn't even know
that he has all this inside him
it's been seven years since I've been looking for
and I was crying for more
today I'm taking back my words
'cause I've judging everybody
so easily
instead, I show you who I am
a liar, an angel, a generous egoist genius
it's been seven years since I've been looking for
and I was crying for more
today I'm looking at our world
and I think choices are everywhere
we choose to love, choose to hate
choose to lose or win
to take a risk or to give up
'cause it's been seven years since I've been looking for
and I was crying for more
it's been seven years since I've been looking for
and I was dying for more
today I'm celebrating our insanity
'cause we are loving unreasonably
we lost our hold
no promises
no signs of where to go
just a pure moment of joy
it's been seven years since I've been looking for
and I was crying for more
it's been seven years since I've been looking for
and I was crying for more
poniedziałek, 4 lipca 2011
O tym, co robi nieobecność T.
Ani jeden dźwięk nie wydostanie się już z jego ust. A głównie się śmiał.
Utrata jest wpisana w ludzkie życie.
Nie wierzę, że już nie ma tutaj T. Że nie wpadnie o 22 na parówkę i herbatę w kubku 0,7 l. Koniecznie słabą i koniecznie z dwoma łyżeczkami cukru. Na pół godzinki, a będzie siedział trzy. Jak mogę uwierzyć skoro jeszcze przed trzema miesiącami planowaliśmy wakacje. Skoro w tamten piątek mówiliśmy jak to będzie, gdy już wyzdrowieje.
Gdy stałam nad trumną z jego ciałem nie rozpoznawałam w nim mojego T. Już go tam nie było. Ale i tak nieustępliwie czekałam aż otworzy oczy. A za mną pół tysiąca ludzi. Nawet połowy z nich nie zdążyłam poznać.
17 maja wyszłam ze szpitala i powiedziałam mu, że wrócę za trzy godziny. W międzyczasie dostałam telefon od jego brata. Wróciłam szybciej.
Otwieram rano oczy i kilka sekund zabiera mi uświadomienie sobie, co się stało. I za każdym razem boli tak samo.
Gdy czasem płakałam mówił, że można płakać tylko wtedy, gdy ktoś umrze. Dziś mogę wylewać łzy do woli. Ale to już niczego nie zmieni.
Śmierć ukochanej osoby można przeżyć na dwa sposoby. Nigdy się z nią nie pogodzić i stać się zgorzkniałą zranioną osobą. Odwrócić się od Boga i Go obwiniać. Albo inaczej. Nigdy się z nią nie pogodzić i dziękować Mu za wszystko. Dostrzegać ludzi bardziej niż dotychczas. Dawać siebie innym, bo już siły brakuje na egoizm.
T. chwali Boga w niebie. W końcu i on, i ja do ostatecznie do tego dążyliśmy. Tyle że ja jeszcze muszę być tutaj. I chwalić Boga na ziemi. Czasem zdarza nam się mówić, że życie w ciele to tylko chwila, a dla nas bardziej realne jest życie wieczne. Tyle że ja już nie mam wyjścia i nie tylko mówię. Ja muszę tak żyć.
T. śpi. Lubię tak o nim myśleć. Spotkamy się, najpóźniej za jakieś sześćdziesiąt lat.
A tu... mam świat zbudowany z naszych wspólnych planów, który już zawsze będzie tylko naszym snem. I mam nasze marzenia, które wymagają jeszcze sporo pracy.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Nocne opowieści
Żeby jeszcze w pustce bywało pusto. A ona jest pełna myśli złych, przewrotnych. Słowa na „nie” i z „nie” w środku. Zdarza się „nie” i na końcu. Za mało sensu między jednym a drugim uderzeniem serca. Więc pytam o sens. Pytanie, które powraca do każdego i zawsze. Jedni zagłuszają je pieniędzmi, inni ludźmi przewalającymi się przez ich życie. Jeszcze inni dawaniem. Tak, pod pozorem dobra może rozdzierać swoją paszczę bezsens. Znam takich, co do perfekcji opanowali wymalowane na twarzach uśmiechy, za którymi nie ma nic – tylko czarna otchłań.
Mogą mijać lata, w których nie raz dojdziemy do wniosku, że już wiemy gdzie iść i w jakim celu. I pomiędzy jednym a drugim odkryciem może się pojawić pytanie, które uświadomi, że nie wiemy jednak nic. Może życie polega na nieustającym dochodzeniu do naszej prawdy i jednoczesnym przekonywaniu się, że brakuje nam mądrości? To by było zdrowe, choć bolesne.
Przypominam sobie jedno z opowiadań. Jego zapach i smak tamtych wydarzeń. Idea i jej realizacja to bajki tak odległe, że wręcz nie do rozpoznania, że są z tej samej utkane nici. Zgubić cię może sen i potrzeba prosta. Zgubić może poranne parzenie kawy. Albo słowa nie tak dobrane w stróżce światła odbijające się echem. Z bezsensu sens. Z idei rzeczywistość. Z potu i łez marzenie.
Wizja, która przestaje żyć, pociąga za sobą śmierć marzeń. Wizja, której brak nie daje szansy na przyszłość. Jedynie na trwanie. I przetrwanie. Bez odpowiedzi. Bez odpowiedzi na pytanie o sens. Skądś w nas jednak nieustanne pytanie. Ktoś jednak woła niestrudzenie. Komuś zależy, żeby znaleźć odpowiedź.
niedziela, 10 października 2010
Wystarczyło jedno spotkanie
(muzyka Anna Maria Jopek słowa Marcin Kydryński)
Aby zwolnić puls,
Aby rozprostować myśli,
Aby znaleźć lek na lęk,
Zniknę pośród pól i zanurzę cała w ciszy
Ona ma zbawienny dźwięk.
I tylko tu, gdzie każde źdźbło trawy ma swoje czułe miejsce,
Skleić się da życie, co pękło na pół.
Dotykanie drzew i spierzchnięta kora w dłoni
Szept paproci, bajki z mchu…
W deszczu poczuć chcę wonną wilgoć sierści koni,
Ciemny zapach sennych krów.
I tylko tu, gdzie każde źdźbło trawy ma swoje czułe miejsce,
Skleić się da życie, co pękło na pół.
Siwiejące tło pory zmierzchu w pełni lata,
W piasku ślady bosych stóp.
I choć moje życie to wieczna zgoda na utratę
Chcę na chwilę zostać tu…
Bo tylko tu gdzie każde źdźbło trawy ma swoje czułe miejsce
Skleić się da życie, co pękło na pół
piątek, 10 września 2010
Niczego nie brakuje
Kiedy używa się słów w sposób bardzo przemyślany, szyjąc z nich ubranie takie, by się podobało większości, zaczyna brakować polotu. Zastanawiam się nad każdym słowem i patrzę, czy na pewno pasuje tu, gdzie akurat je umieściłam. Koniec z oceanem spokoju. Koniec z wilgocią i chłodem ziemi w mazowieckich lasach. Koniec z upałem Lizbony i szumem fontanny, który wyrasta między jedną a drugą gadatliwą ulicą Rzymu. Na chwilę koniec. Bo czy uciekniemy od tego, co nam drogie?
Zawsze w końcu przyjdzie taki moment, kiedy stanę nad potokiem słów i nie będę mogła wytrzymać tych emocji, które idą za trafnością spostrzeżeń autora. Zawsze w końcu znajdę takie miejsce, które kochałam od zawsze, choć nie znałam go nigdy wcześniej. Miejsce, którego nie sposób ominąć w późniejszych wspomnieniach. Miejsce, gdzie nie sposób nie powrócić po latach.
Czy to możliwe by dłoń gładziła myśli? Czy to możliwe, by myśli rozrywały ciszę?
Będę miała kiedyś swój pomost, który w jednej chwili oddam przechodzącej nad brzegiem morza dziewczynie. Liczyć się będzie szum morza i łaska dawania bez obawy utraty. Czy mogłam dostać od Boga coś więcej niż umiejętność nazywania tego, co tylko jest szybką myślą między tuszowaniem rzęs a pierwszym mrugnięciem?
Nie ma absolutnie potrzeby myśleć o tym, co zdarzy się na końcu potoku linijek, które wyciągam z siebie raz na jakiś czas. Nieprzygotowana. Temat przychodzi sam. Czasem mam wrażenie jakby Ktoś potrzebował tylko moich palców, a nie moich planów czy mądrych wniosków z trudnych dni pełnych zmagań.
Mogę nawet posilić się filiżanką kawy napisanej, która ogrzewa moje dłonie zamknięte na złotych zdobieniach rantu. I podarować sobie wyjście do kuchni. Mogę w środku lata mieć zimę, choć brakuje nastroju. Albo nagle stać się matką i siedzieć na tym bujanym fotelu, głodząc brzuch wielki od szczęścia. Mogę zasnąć i śnić, a potem nie zauważyć, kiedy się obudzę i ryzykować, by osiągnąć wiele i nie żałować ani minuty.
Tak to jest, gdy Jesteś blisko. Niczego nie brakuje.
sobota, 24 lipca 2010
Życie, śmierć i życie
Uwielbiam sobotnie poranki. Zwłaszcza, gdy temperatura jest w okolicach dwudziestu, a nie trzydziestu stopni Celsjusza. Lubię patrzeć przez okno i myśleć o tym, co jeszcze mnie czeka. Wyobrażać sobie rzeczy niemożliwe. Jak Alicja z Krainy Czarów, jak dobra Biała Królowa. To tylko opowieść, wiem. Ale wszystko, co zostało stworzone przez człowieka ma w sobie ludzki pierwiastek.
Dawno już nie zatrzymywałam się nad swoim życiem dłużej. Może dlatego brak wpisów na blogu. Ale dzisiejszy dzień skłonił mnie do refleksji. Może to ta lekko sentymentalna pogoda. Może drzewo tuż za moim oknem. Ale widzę, że jest jak dawniej.
To, co ma przyjść ekscytuje. A dziś jestem bliżej tego niż kiedykolwiek wcześniej, pisząc o spełnianiu marzeń. Wiele razy zapominałam o tym, jaki jest mój cel. Zajęta codziennością i rzeczami z listy do zrobienia. I zawsze w pewnym momencie traciło to swój sens. Ale świadomość jasnego celu uskrzydlała momentalnie. Zmieniała frustrację w oczekiwanie pełne nadziei i podekscytowania, a ospałość w działanie. Wiem, po co tu jestem i czego pragnę. Czy bez odpowiedzi na te pytania można być szczęśliwym? Ale jak wiele osób je zna? I dlaczego nie?
Ostatnio zajmowałam się postacią Remusa ze znanej Kaszubom powieści Majkowskiego. Człowiek, który miał szczytny cel – ocalenie kaszubszczyzny. Cel prawie niemożliwy do osiągnięcia. A jednak zwykły prosty facet podjął się zadania. Nie wyszło. Bo Strach, bo Trud, bo Niewarto. Te trzy zjawy towarzyszyły mu cały czas i chyba często towarzyszą nam, gdy chcemy coś osiągnąć. Z tego wyłania się dosyć sensowna, moim zdaniem, recepta na udaną realizację zamierzeń. Po pierwsze: nie bój się! Że nie wyjdzie, że ktoś coś pomyśli, że nie dasz rady, że to nierealne. Po drugie: ciężko pracuj! Podejmuj wyzwania, jak trzeba nie dosypiaj przez jakiś czas, szukaj możliwości i wciskaj się w najmniejsze szczeliny, nawet, gdy początkowo ktoś cię tam nie chce. Ale pracuj, uczciwie pracuj. To szlachetne zajęcie. Po trzecie: warto! Odnalezienie swojego miejsca i spełnienie to naprawdę coś, czemu warto poświęcić czas i wysiłek. Bo dzięki temu wszystko inne w naszym życiu nabiera sensu.
Przed tym wszystkim jednak stawiam Boga. Bez niego próby i wysiłki niewiele przyniosą efektów. Poczynając od marzeń, które są od Niego, przez strach, z którym On pomaga mi wygrać i trud, w którym On daje wypoczynek aż po sens, który On pokazuje.
Tato, nie zawodzisz, choćby zawiódł cały świat.
Nie chcę zgodzić się z tym, że ludzie odchodzą. Ale odchodzą. I nigdy już nie porozmawiamy. A ostatnio widzieliśmy się cztery lata temu. I przyjechałam na jego pogrzeb, żeby zobaczyć jak wykończył dom i ogród, i sad. Żeby wysłuchać opowieści, które są już tylko wspomnieniem. Żeby usiąść w salonie i usłyszeć ciszę. Żeby zobaczyć, że mijają lata i wszystko przemija.
Nie chcę zgodzić się z tym, że ludzie odchodzą. Ale „show must go on”. Z kuchni doszedł do mnie głos: „Ale trzeba jakoś żyć. Chyba trzeba jakoś dalej żyć?” Pytanie, bo kto wie, co teraz robić?
Tylko perspektywa wieczności daje nadzieję. Tylko świadomość, że życie na ziemi nie jest celem samym w sobie daje nadzieję. Tylko zmiana postrzegania może przynieść zmianę myślenia. Zapłakany głos w słuchawce telefonu. Wiadomość. Jezus. Tylko tak wytrzymamy.
Stałam na podwórku i widziałam jak drzewa dalej stoją, jak pies szczeka, a kury dziobią. Widziałam drogę, którą dalej jeżdżą samochody i rzekę. Zobaczyłam siebie, małą dziewczynkę w tych samych miejscach, które widzę teraz i przypomniałam sobie tę naiwną świadomość, że wszystko będzie zawsze tak samo.
I dalej część z nas budzi się, a część już nie. A ci co się budzą, wstają do pracy, jadą na wakacje, kupują książki i gotują obiady. Ale to za mało. Za mało, żeby potem, gdy ktoś się nie obudzi, żyć dalej.
Pytam siebie czasem: po co w takim razie tu jestem? Jestem tu, żeby jak najwięcej ludzi usłyszało o śmierci Jezusa na krzyżu, uwierzyło i zostało zbawionych. Bo czasu jest mało. Dlatego, gdy ktoś umiera najtrudniejsza jest odpowiedź na pytanie, czy wierzył i czy został zbawiony. I wiara, że tak właśnie jest. Bo to, co nas czeka po śmierci ciała, gdy wierzymy, jest najcudowniejszym, co mogliśmy dostać od Boga. Wiecznie z Nim. Bez bólu, łez, śmierci.
Tylko taka perspektywa pozwala mi wstać kolejnego dnia i podejmować wyzwania.
I coraz częściej zaciskam zęby, powstrzymuję łzy i mówię: takie jest życie. A w Bogu odnajduję pokój.
niedziela, 7 lutego 2010
Inspired by T&D
Chcę pracować. Długo, nieznośnie długo. Bez przerwy, bez wytchnienia. Stawiać sobie nowe wyzwania i je realizować. Robić, robić, robić. Poznawać, czytać, pisać, zgłębiać. Dość już gnuśnego odpoczynku. Ale to nie najważniejsze. Bo pod przykrywką robienia jednak kryje się więcej. Co więcej? Więcej.
Czy można chcieć wziąć życie na serio? Nie romantycznie, jakby nic naprawdę nie istniało? Czy można nie chcieć żyć w ułudzie? Ułuda jest piękna. I myślałam zawsze, że gdyby tylko udało mi się w niej żyć, nie krzywdząc nikogo, wciąż pozostając odpowiedzialną... Mogę tak, bo ciągle „życie” mnie oszczędza. Ale, czy można nie chcieć słodkiej ułudy, gdy można sobie na nią pozwolić?
Chcę życia i jego ciężaru. Chcę podejmować decyzje trudne i brać na siebie ich skutki. Chcę widzieć świat jako zbiór skomplikowanych ludzkich historii. Chwil szczęścia i upadków człowieka. Po co? By zobaczyć, jak powstają. Jako herosi, wojownicy. Czy to nie kolejna ułuda?
Podjąć decyzję tak, że nawet, gdy przyniesie to wiele bólu i trudności, będę w stanie unieść się ponad to i zebrać konsekwencje. Do kieszeni swoich doświadczeń. Bo wiem, że tak jest dobrze.
Żadna perła nie rodzi się bez poświęcenia.
środa, 20 stycznia 2010
Wbrew prawom mojej fizyki
Tęsknię. Za tym miejscem, za blogowaniem, za nazywaniem rzeczy „na około” lub inaczej, co brzmi zbyt brzydko, by to przytoczyć, a co mój kolega w przypływie szczerości mi oznajmił. Tęknię za próbą ubrania w słowa uderzeń kropli o parapety myśli. I kiedy piszę, tęsknię jeszcze bardziej i odkrywam miejsca, które są we mnie jeszcze żywe, a o których myślałam, że już umarły. Kiedy nie piszę, rzeczy wciąż istnieją. A jednak są takie szare, takie nieuchwytne. Słowa odpowiednio połączone są jak zdjęcia, które zatrzymują chwile, by móc się nimi nacieszyć. Słowa to mój dom bezpieczny. Słowami tworzę przestrzeń świata, który jest tylko mój. I prócz Boga nikt nie ma prawa ich tknąć. Prócz Boga kochanego, który mnie przywrócił życiu i zamienił moje chmurne słowa w jasne myśli o spełnieniu.
Nieuchronnie zbliżam się do miejsca odpowiedzialności i realizacji tego, co ma dla mnie Bóg. Cudownie i niewyobrażalnie jednocześnie. Jakbym chodziła z zamkniętymi oczami po linie rozciągniętej tuż nad przepaścią. Lecz co z tego, skoro jest mój Bóg? I co to będzie po drugiej stronie? Ja? Tam? :)
poniedziałek, 7 września 2009
Lokomotywa, 6 września 2009
Wrzosy są hitem każdej kwiaciarni, każdej kawiarni. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jesień przynosi ze sobą fiolet i róż – dostojne, wyraźne, a jednocześnie bliskie i ciepłe. Nawet myśli mam bardziej fioletowe niż zwykle. I któż to znowu wymyślił, że róż jest brzydki, lalkowy, a do niego pasują tylko białe kozaczki?! Otóż róż ma swoją głębie, nasycenie. Jest jednocześnie frywolny i pełen umiaru, jeśli trzeba. Taktowność różu jest dla mnie sprawą oczywistą.
A wracając do przerwanego wątku, nie ma drugiej takiej pory roku jak jesień. Z miłości do jesieni jestem w stanie wytrzymać nawet długą smutną zimę. Mroźną, szarą, z ciemnością i chłodem o poranku, który zimą właśnie rozbiega się ze świtem. Jesień przynosi mi zawsze wiele ciężkiej, wyczerpującej pracy (od tego roku przez cały rok będzie jej tak samo dużo :)), a jednak spacer wśród tych (de facto martwych liści) jest rekompensatą wszystkich niedospanych nocy, wszystkich stresów. Trudno jest opisać fenomen jesieni – z jednej strony coś zasypia bezpowrotnie, z drugiej musi, aby mogło urodzić się nowe.
„Lokomotywa”, podobnie jak jesień (a może zwłaszcza jesienią) jest miejscem odpoczynku. Pociągi mają w sobie tego ducha refleksji nad minionym i nad przyszłym czasem. Jedziesz, a jednak zatrzymujesz się, aby pomyśleć, złapać oddech. Moja „Lokomotywa” to absurdalnie mój przystanek. Ile ja bym dała żeby zatrzymać wczorajszą chwilę samotności. Niedzielne popołudnie, kiedy byłam tylko ja ze swoimi myślami i Bóg blisko, tak blisko. Kiedy wszyscy ludzie byli bardzo odlegli, ale to przecież potrzebne czasami. Nie było mi smutno.
Pomyślałam o miłości do drugiego człowieka, o tym jak trudno kochać nieprzyjaciół, uniżać się przed innym, zawsze tę drugą osobę uważać za wyższą od siebie, oddawać potrzebującemu, poświęcać swój czas, pieniądze, komfort życia dla drugiej osoby. Nie upierać się przy swoim nawet, jeśli mam rację. Jezus był Bogiem i nie upierał się przy tym, aby traktowano go jak Boga, ale uniżył się i służył człowiekowi. Wiecie po czym poznaję naprawdę wielkich ludzi? Po tym, że nie wyczuwam, że są wielcy, nie zaznaczają zasięgu swojego wpływu, pozycji, stanowiska, ale potrafią być przy mnie, słuchać, mówić. Są. Są przede wszystkim. Pomyślałam więc o tym, jak dobrze, że to Bóg jest źródłem miłości.
Tam, w tej „Lokomotywie” pojawiło się małżeństwo z małą córeczką. Ja zajmowałam stolik dla czterech osób, a dla nich było miejsce tylko przy stoliku dwuosobowym. Powiedziałam, że się przesiądę, bo im będzie wygodniej. Uśmiechnęli się, podziękowali. Niedługo potem do „Lokomotywy” weszła młoda dziewczyna, chyba z mamą. Kiedy jadłam, ona zapytała mnie co jem, bo wygląda bardzo apetycznie. Ja z uśmiechem odpowiedziałam i pochwaliłam naleśnika z mielonym mięsem, żółtym serem i szpinakiem (polecam!). I wiecie co?... Było bardzo miło.
Ta jesień będzie jednak inna. Bo wśród bajecznych liści wyłaniają się cudowni ludzie, dla których zdecydowanie warto nie spać tych ośmiu wymarzonych godzin. Brakuje mi bardzo bliskości obcych twarzy, które w przeciągu jednego uśmiechu stają się miłe i kochane. Jest tylko jedna skuteczna na to rada – my najpierw musimy tacy być dla innych. A potem, co posialiśmy, to i żąć będziemy. :)
PS. Jakimś nieznanym mi sposobem karteczka „Informacji nie udzielamy” zniknęła z kiosku! Czyżby odpowiedzialny za karteczkę pan lub odpowiedzialna pani byli czytelnikami mojego bloga? :)
sobota, 22 sierpnia 2009
Informacji nie udzielamy
Ostatnimi czasy oczekując w umówionym miejscu na koleżankę, zwróciłam uwagę na karteczkę widniejącą na kiosku. Napis początkowo nie wydał mi się zaskakujący. „Informacji nie udzielamy”. Kiosk stoi tuż przy dworcu głównym, mnóstwo turystów latem, w związku z tym i mnóstwo pytań o kierunek, miejsca, wydarzenia, ulice. Sama kiedyś rozdawałam ulotki kilka metrów od tego kiosku i więcej czasu spędziłam na odpowiadaniu na pytania niż na monotonnym wciskaniu niechcianych karteczek. Przypomnienie tego faktu dało mi właśnie do myślenia. Przecież wówczas nie przyszło mi zupełnie do głowy żeby wykazywać się negatywnymi odczuciami w stosunku do owych zabłąkanych turystów. Wręcz przeciwnie, mogłam pomóc, a i oni wydawali się wdzięczni i spokojniejsi po rozmowie ze mną.
Zaczęłam zastanawiać się z jakiego powodu ktoś przyczepił tę karteczkę. Fakt jest taki, że na pewno pytali i było ich wielu. Zapewne z czasem stało się owe pytanie uciążliwe dla sprzedawcy w kiosku. Dlatego postanowił przyczepić karteczkę. Zdaje się jednak, że powinien jeszcze umieścić ją w co najmniej trzech językach: angielskim, niemiecki i francuskim. Dla pewności. Oczywiście nie mogę wiedzieć na pewno, że motywacja sprzedawcy tak właśnie wyglądała, ale wydaje się to całkiem prawdopodobne. Być może w najbliższym czasie będę miała okazję zebrania informacji z pierwszej ręki, gdyż wybieram się do centrum. Wtedy rozszerzę ten akapit.
Jednak nie interesuje mnie tylko ta pojedyncza sytuacja. Zaczęłam zastanawiać się czy wszyscy, generalnie (choć to zawsze jest krzywdzące stwierdzenie), nie przyczepiamy do siebie tego typu karteczek. Robimy to metaforycznie – morderczym spojrzeniem, obojętną miną, słuchawkami wczepionymi w uszy, odwróceniem głowy, szybkim i nagłym odejściem, krótkim „nie”, pogardliwym burknięciem. Czy nie jest tak, że izolujemy się od nieznajomych, nie chcemy im pomóc, choć być może ta pomoc polegałaby jedynie na potwierdzeniu, że przechodzień idzie we właściwym kierunku?
„Informacji nie udzielamy”. A ja pytam: dlaczego? Dlaczego, jeśli ktoś podejdzie do mnie i zapyta, gdzie tanio można przenocować w Gdańsku, mam mu odpowiedzieć: „Nie udzielam informacji”. Mogę nie wiedzieć, to również jest informacja. Jednak czy wolno mi zostawić takiego człowieka samego jeśli dokładnie wiem, gdzie znajdzie nocleg? To, że nie pracuję w Informacji Turystycznej nie oznacza, że nie muszę mu pomóc. Może inaczej, ja nic nie muszę, ale czy nie byłoby nam milej, lepiej, łatwiej?
W naszej relacji z drugim człowiekiem zawsze musimy spróbować odwrócić role. Co by było gdybym to ja potrzebował pomocy, kilku prostych słów? Nie tylko o kierunku podążania. Może poklepania po ramieniu, może wysłuchania, ciepłego uśmiechu? Jest tyle wokół ludzi spragnionych zainteresowania, relacji, ciepła, a my chodzimy zbyt często z wypisanym na czole: „To mój teren, nie waż się tu wchodzić.” Czy to nie jest przerażające? Czy nie powinniśmy czegoś zmienić?
Niedawno rozmawiałam z pewną młodą dziewczyną, która przyjechała do Polski z USA na kilka miesięcy. Pytałam ją o naszą kulturę, co jest innego, co ją zaskakuje. Powiedziała mi, że nie może zrozumieć dlaczego po miesiącu ludzie na osiedlu wciąż się do niej nie uśmiechają. Zna ich twarze, kojarzy całe rodziny, widują się kilka razy w tygodniu, ale wszyscy jakby udawali, że widzą się po raz pierwszy. Jej kultura jest zupełnie inna od naszej. Ona przyzwyczajona jest do „zagadywania” ludzi, których widzi pierwszy raz na ulicy, do krótkiej rozmowy, do spontanicznej pomocy. Takie proste gesty... one zwyczajnie otwierają nas wzajemnie na siebie. Czy to nie jest i miłe, i dobre?
Mam głęboką nadzieję, że bardzo przesadziłam z porównaniem „kioskowej” karteczki o nieudzielaniu informacji do ludzkiej obojętności na innych. Mam nadzieję, że to tylko incydent. Mam nadzieję, a jednak mocno przeczuwam coś zupełnie innego. Jednak w tego typu sprawach staram się być bardzo naiwna i do końca spodziewać się tylko dobrego.
Bo i cóż mam powiedzieć Kochani... zmiany bolą.
środa, 12 sierpnia 2009
Dwunastego sierpnia
Sierpień. Sam środek ostatnich w moim życiu wakacji. Nadbałtycka plaża. Szum morza i ten męczący na dłuższą metę krzyk mew.Niebo jest dziś znacznie ciekawsze niż ziemia. Chmury układają się w podniebny świat pełen komnat, korytarzy, nieznanych nikomu tajemnych skrytek. Tak jak tutaj, tam też są dwa królestwa: jasne, wypełnione pokojem, miłością i ciemne, wiecznie knujące zło, zapatrzone w siebie, w zysk.
Być może bardziej niż kiedykolwiek rozumiem, że walka wciąż się toczy. Każdego dnia podejmowane są liczne próby byśmy nie poznali prawdy, zwątpili, zrezygnowali.
Być może dziś jest dokładnie ten dzień, kiedy podejmuję decyzję determinującą całe moje życie. Za wiele lat wspomnę datę 12 sierpnia 2009 roku i powiem zamyślona, że TO wydarzyło się wtedy. Zupełnie nie wiem jak TO się stanie, ale trochę jest tak, jakby inaczej być nie mogło.
czwartek, 6 sierpnia 2009
On zaraz wraca
Słońce jest zupełnie takie samo jak kilkanaście lat temu, kiedy wstawałam wcześnie rano (wcale nie dlatego, że musiałam to robić, ale z chęci) i kompletowałam szybko koszulkę i spodenki żeby jak najszybciej znaleźć się na podwórku. Kiedy wychodziłam na klatkę schodową czułam przyjemny chłód studzący moje nazbyt rozpasane marzenia o innym świecie. Świecie, w którym będę dorosła. Pierwsze radosne słoneczne promienie zawracały jednak w głowie tak bardzo, że zapominałam o wszystkim. Było błogie tu i teraz. Bez obaw, bez odpowiedzialności, bez decyzji, które miałyby konsekwencje na całe życie.
Spędzałam dnie na zbieraniu jabłek, zielonego groszku, chodzeniu po drzewach, gapieniu się w chmury. A kiedy już zaczynał zapadać zmrok, na końcu ulicy, na której mieszkałam, razem z koleżanką przysiadałyśmy na schodku przed klatką i wymyślałyśmy różne sposoby wkładania sznurowadeł w trampki. To chyba najmilsze zajęcie jakie pamiętam z dzieciństwa.
Żyję historiami innych ludzi, którzy podróżują, oglądają, doznają, przeżywają swoje przygody. Sama wciąż jestem „sztywna” i nie potrafię uchwycić tego, co na mnie czeka. Niesamowite opowieści z grubych książek, które nigdy się nie zdarzyły. Słowa z przeszłości, które dziś brzmią jak baśń, ale czy były baśnią rzeczywiście, kiedy się dokonywały? Patrzeć z zazdrością na życia, które nie pozostawią po sobie nic więcej jak tylko stosy artykułów z gazet, które spłoną, strony internetowe, do których nikt nie będzie miał dostępu.
Pytamy wszyscy: o co chodzi w tych kilkudziesięciu latach tu, na Ziemi? Odpowiedzi miliony. Nic, zdaje się, pewnego. Ale coraz bliżej, coraz bliżej, coraz bliżej.
Te sznurowadła nie będą nawet wspomnieniem. Jezus przykleił do Ziemi kartkę „Zaraz wracam”. Jego miłość bez granic, sięga ponad horyzont. Bądźmy gotowi. [zarazwracam.org]
piątek, 17 lipca 2009
Spóźniona kraksa z życiem
Zderzam się z życiem. Staję się niespełnionym marzeniem, opowieścią, która nagle się skończyła. Wyśniłam sobie życie, w którym nie brałam nikogo na serio. Traktowałam je jak przepiękną bajkę. Popełniłam tylko jeden błąd – uczyniłam z siebie narratora. Bardziej... myślałam, że nim rzeczywiście jestem. W moich marzeniach o życiu nie było założeń o czyjejś wolnej woli. Kto nie wchodzi w moją bajkę, musi ją opuścić.Zawoalowane pragnienie spełnienia. Przez jakiś czas czułam żal. Nie takie miało być. Nie takie wyśniłam. Uczucie oszukanej przez... Kiedy byłam mała i wymyślałam kim będę, jak już będę duża, nikt nie powiedział mi czym jest życie. Wymyśliłam więc wszystko czego można pragnąć. Z czasem, gdy dorastałam oczekiwania wobec siebie i innych rosły. W miarę poznawania świata, w miarę rozwoju postrzegania. Ale przecież nikt mnie nie oszukał. Jeśli już to ja sama, wymyślając życie niemożliwe.
Można powiedzieć całkiem dramatycznie – moje życie jest niespełnionym marzeniem małej dziewczynki. Czy to normalne, by marzenia pryskały jak te bańki mydlane w zderzeniu z murem życia dopiero teraz? Rozczarowanie, że chmury nie są z waty cukrowej zwykle przychodzi znacznie wcześniej.
Co jeszcze znajdę we mnie co mnie tak zaskoczy? W końcu „Żelazo ostrzy się żelazem a zachowanie swojego bliźniego wygładza człowiek.” (Przyp. 27:17).
sobota, 11 lipca 2009
Magazyn(owanie) porad
Ona, prawie we łzach, ktoś chce dla niej dobra. Kilka jeszcze stron, na których nic nie ma aż… jest wreszcie. List od Redakcji, która… tak, na całe szczęście doskonale rozumie jej sytuację, jej potrzeby. Jest przy niej w trudnych chwilach, zawsze doradzi, zawsze wyciśnie kilka słów pociechy żeby zwabić ją, zwabić, zwabić. Schwytać na jej życie nie poukładane… Jest! Kolejna czytelniczka. Przybywają, rosną w liczbę. Przełożyć można ich problemy na podwyżki, na prestiż pisma.
Okrutne?
Kilka historii, jak jej przecież. Zwykłych kobiet, które pragną być szczęśliwe. Wie dzięki temu, że nie jest jedna na świecie. Wie, że ktoś też ma ten sam problem. Czy to jednak rzeczywiście jest pocieszające? Pragnie żyć. Przekonują ją, że ma być silna lub powinna pozwolić sobie na słabość. Powinna odejść lub zostać. Powinna wziąć życie w swoje ręce, zmienić otoczenia, zacząć od nowa, wyjechać na wakacje, postawić na swoim, krzyczeć, kiedy ma ochotę, biegać jak jej się zachce. Budzić sąsiadów, spać do 14:00. Chodzić spać o świcie. "Niepokorne nikomu". Wolność.
Oczy jej błyszczą, jest taka szczęśliwa, rozumiana. Wreszcie czuje, że wszystko może się zmienić.
Modnie ubrane panie, przepraszam, jej przyjaciółki, puszczają oczka z nazbyt kolorowych stron śmierdzących farbą drukarską. Są dla niej. Po to, aby wiedziała jak się ubrać, kim być, co wypada. Tak jakby dały się sfotografować za darmo, tylko dla niej, bo wiedzą, że jest nieszczęśliwa. Dla niej to już zdecydowanie za dużo dobroci, zbyt dużo poświęcenia. Przecież jest zwykłą kobietą, miliony takich.
Jak zdrowo żyć? Jak kochać swoje ciało? Trafiliśmy w sedno? Otóż to, mamy super rozwiązanie!
Tak, kupię sobie nową sukienkę, warzywa, owoce. Ugotuję coś pysznego, a jednocześnie niskokalorycznego. Zrobię coś dla siebie… pójdę do kina. Już zupełnie inaczej się czuję. Od dzisiaj już zawsze tak będzie. Wiem, czuję to.
Kartkuje kolejne strony, które bawią ją lub wzruszają. Mówią do niej dokładnie to, co od tak dawna próbowała usłyszeć. Nieznośne jest tylko to brzęczenie, które pojawia się przy każdym ruchu rąk. Niechciany towarzysz samotnych wieczorów, bolesnych przebudzeniem poranków. Nieznośnie są te kajdanki myśli, które nie znikają, a tylko boleśnie oplatają zmęczone życiem dłonie. Wężem oplecione ręce.
Nie mam na myśli wielkiej szkodliwości gazet, bo taka jest praca redaktorów, dziennikarzy, by odpowiedzieć na potrzeby ludzi dla samej, niestety, odpowiedzi, bez jej jakości. (Wybaczcie Ci, którzy kierujecie się dobrem Czytelnika) Mam na myśli te wszystkie kobiety, które uwierzyły, że nowe ubranie, dieta, kilka kilogramów mniej, wyjazd na wakacje lub twarde stąpanie po ziemi zmienią ich życie. Ja sama zaczynałam tak z kilkanaście razy. Aż przychodził dzień, w którym budziłam się i… pustka. Znowu pustka.
Jest coś, co zachwyca mnie w Bogu szczególnie. Prawda o nas, którą mi pokazał. Jeżeli Bóg mnie stworzył, jeżeli On wymyślił każdą kobietę i zna ją znacznie lepiej niż ona sama, jeżeli ona jest stworzona na obraz i podobieństwo Boga… to czy nie jest prawdą, że gdy Jemu odda kontrolę nad swoim życiem, wypuści z rąk wszystkie pragnienia i tęsknoty, On wydobędzie z niej całe to piękno, które w niej umieścił? Spełni jej marzenia, zaspokoi potrzeby, zapewni bezpieczeństwo. Czy to nie Bóg najlepiej wie kim jesteśmy? Czy to nie Stwórca najlepiej rozumie stworzenie?
I już taki dzień więcej nie przyszedł.
Pokorna przed Bogiem. Wbrew.
sobota, 4 lipca 2009
Z drobiazgów chwil

Wczoraj obudziłam się o świcie. Niebo ciepło różowe przy linii horyzontu przechodziło w spokojną, przyjemnie chłodną niebieskość. Tak jakby to były Twoje oczy, które patrzą na mnie stale, kiedy śpię. Tak jakby to były szaty Aniołów, które wytrwale są przy mnie, chroniąc mnie przed każdym złym słowem, niemiłym spojrzeniem, trudną dla mnie chwilą. Letnie ogrodowe kwiaty, które z braku ogrodu stoją na parapecie, obudzone pierwszymi promieniami słońca zdawały się ziewać ospale, prostując zesztywniałe przez noc łodyżki. Podłożyłam ręce pod głowę, pozwoliłam ciału na przyjemną czynność przeciągania się w chłodnej pościeli.
Jestem cała Jego. To On budzi mnie, abym mogła zobaczyć taki właśnie świt, bym mogła się nim zachwycić. Wie, że będę Mu wdzięczna, wie, że będę się cieszyć takim drobiazgiem i potem napiszę o tym tutaj lub w moim dzienniku. Będę tym żyć. Mi daje takie drobne przyjemności, a tym, którym radość sprawia coś innego, daje to coś innego. Jak dobry jest Bóg, tego nie jesteśmy w stanie zrozumieć naszym pojmowaniem.
Wiecie, życie z Bogiem jest tak ekscytującą podróżą... On dba o wszystko, wie czego potrzebujemy zanim zaczniemy się modlić. Wszystkie włosy na naszych głowach są policzone. I chyba najcudowniejsze jest to, że „wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę”. W każdym momencie mojego życia to zdanie z trzeciego rozdziału Księgi kaznodziei Salomona przynosiło mi cudowną lekkość. Tak jest również teraz, kiedy czuję, że zmienił się czas.
Jestem wdzięczna Bogu, że jest tak bliski. Jestem wdzięczna Bogu za ten spokój.
czwartek, 25 czerwca 2009
Zmienić perspektywę
Kiedy staniesz na skrzyżowaniu Alei Zwycięstwa i Alei Gen. J. Hallera, na samym środku rozlanego asfaltu przeciętego torami i spojrzysz w niebo, zobaczysz nad sobą pajęczynę czarnych kabli. Przestrzeń, która dotąd być może wydawała Ci się nieograniczona, nagle skurczy się do rozmiarów wysokiego pokoju. Nagle zaczniesz czuć się taki mały, wpychany w ziemię, osaczony. Nagle znikną z głowy marzenia i plany. Przytłoczy cię huk samochodów, zakrzyczą cię wrzaski klaksonów oburzone twoją obecnością. Nagle staniesz się zbędny, niepotrzebnie obecny, bo zacząłeś robić coś wbrew. Poszedłeś wbrew ustalonym zasadom. Wybrałeś miejsce nieswoje.Czy nie jest tak, że idąc sam jeden naprzeciwko rzeki tłumu mijasz niezadowolone twarze? Zniecierpliwione, obojętnie patrzące jakbyś nie był ważny? Poirytowane pomruki wyznaczają rytm kroków. Tylko dlatego, że nie myślisz jak oni, trącają cię ramionami od niechcenia.
Cytuję Marcelę: "Droga w lesie rozdzieliła się [niespokojnie co zrobić, co zrobić?!], a ja... [i co teraz?] ja poszłam tą mniej uczęszczaną [radość na twarzy nieukrywana] i to odmieniło wszystko [hurrraaaa!]".
A jednak nie bójmy się iść wbrew. Jeśli mogę stracić wieczność przed tronem Boga, jeśli mogę na zawsze stracić bliskość Jego obecności, to nie interesuje mnie boląca opinia, krzywe spojrzenie, niezrozumienie. Bo czy jest coś bardziej cennego od Niego? Czy mogłabym sprzedać przyjaźń z Ojcem za kilka miłych słów i spokój? Nie umiałabym, nie mogłabym. Nie chcę.
Czasami wracam do miejsc mojego dzieciństwa. Tam spędzona tylko jedna chwila podnosi do życia. Tam drzewa wciąż szumią tylko dla mnie, a drogi polne rysowane wspomnieniami wyznaczają nowe, dobre cele. Tam zawsze mogę wrócić, by odetchnąć od tego hałasu życia, z którego tak trudno wyłonić siebie i drugiego człowieka. Zmęczona zmaganiem z rzeczywistością zatrzymuję się, by moczyć stopy w chłodnym jeziorze i obserwować kaczki lądujące na wodzie. By wieczorem usiąść na pomoście i zaśpiewać piosenkę, której nikt z ludzi nie usłyszy. By zasnąć pogodzona ze sobą w chłodnej pościeli, tak jak dawniej.
Kiedy staniesz na skrzyżowaniu Alei Zwycięstwa i Alei Gen. J. Hallera, na samym środku rozlanego asfaltu przeciętego torami i spojrzysz w niebo, zobaczysz nad sobą pajęczynę czarnych kabli. Ale nie wydadzą Ci się one tak przytłaczające jak wcześniej.