niedziela, 7 lutego 2010

Inspired by T&D

Chcę pracować. Długo, nieznośnie długo. Bez przerwy, bez wytchnienia. Stawiać sobie nowe wyzwania i je realizować. Robić, robić, robić. Poznawać, czytać, pisać, zgłębiać. Dość już gnuśnego odpoczynku. Ale to nie najważniejsze. Bo pod przykrywką robienia jednak kryje się więcej. Co więcej? Więcej.

Czy można chcieć wziąć życie na serio? Nie romantycznie, jakby nic naprawdę nie istniało? Czy można nie chcieć żyć w ułudzie? Ułuda jest piękna. I myślałam zawsze, że gdyby tylko udało mi się w niej żyć, nie krzywdząc nikogo, wciąż pozostając odpowiedzialną... Mogę tak, bo ciągle „życie” mnie oszczędza. Ale, czy można nie chcieć słodkiej ułudy, gdy można sobie na nią pozwolić?

Chcę życia i jego ciężaru. Chcę podejmować decyzje trudne i brać na siebie ich skutki. Chcę widzieć świat jako zbiór skomplikowanych ludzkich historii. Chwil szczęścia i upadków człowieka. Po co? By zobaczyć, jak powstają. Jako herosi, wojownicy. Czy to nie kolejna ułuda?

Podjąć decyzję tak, że nawet, gdy przyniesie to wiele bólu i trudności, będę w stanie unieść się ponad to i zebrać konsekwencje. Do kieszeni swoich doświadczeń. Bo wiem, że tak jest dobrze.

Żadna perła nie rodzi się bez poświęcenia.

środa, 20 stycznia 2010

Wbrew prawom mojej fizyki

Tęsknię. Za tym miejscem, za blogowaniem, za nazywaniem rzeczy „na około” lub inaczej, co brzmi zbyt brzydko, by to przytoczyć, a co mój kolega w przypływie szczerości mi oznajmił. Tęknię za próbą ubrania w słowa uderzeń kropli o parapety myśli. I kiedy piszę, tęsknię jeszcze bardziej i odkrywam miejsca, które są we mnie jeszcze żywe, a o których myślałam, że już umarły.  

Kiedy nie piszę, rzeczy wciąż istnieją. A jednak są takie szare, takie nieuchwytne. Słowa odpowiednio połączone są jak zdjęcia, które zatrzymują chwile, by móc się nimi nacieszyć. Słowa to mój dom bezpieczny. Słowami tworzę przestrzeń świata, który jest tylko mój. I prócz Boga nikt nie ma prawa ich tknąć. Prócz Boga kochanego, który mnie przywrócił życiu i zamienił moje chmurne słowa w jasne myśli o spełnieniu.

Nieuchronnie zbliżam się do miejsca odpowiedzialności i realizacji tego, co ma dla mnie Bóg. Cudownie i niewyobrażalnie jednocześnie. Jakbym chodziła z zamkniętymi oczami po linie rozciągniętej tuż nad przepaścią. Lecz co z tego, skoro jest mój Bóg? I co to będzie po drugiej stronie? Ja? Tam? :)

poniedziałek, 16 listopada 2009

Przepraszam Pana, znów jestem zakochana

Gdzie jesteś moja Zdolności pisania? Zamiast ubierać, rozbierasz moje myśli ze słów, pozostawiając suchą dziennikarską prawdę. Racjonalność patrzenia... Co się ze mną stało między Wtedy, plażą a Dziś, zadrukowaną zdarzeniami gazetą? Klawisze brzęczą tak samo, ale inne zlepki liter. Porzuciłam pierwszą miłość. Jakkolwiek brzmi to okrutnie, sama od siebie tego wymagałam. Można powiedzieć: mam, co chciałam.

Zmiany. Nieustanny towarzysz człowieka.

Jutro będzie inne niż dziś jest Dzisiaj. Ale jabłoń niezmiennie ta sama. Wciąż czeka.

środa, 30 września 2009

Jednak uroczy ten Rzym

Nad wielkim kubkiem zielonej herbaty spisuję raz jeszcze to wszystko, co przez ostatnie dni opowiadałam na lewo i prawo, odpowiadając na nieustanne pytania: „Jak było?”.

Po pierwsze, i wszystko inne dzięki temu jestem w stanie wybaczyć, Rzym zachwycił mnie okiennicami. Cóż za rozkosz mieć okiennice – drewniane, brązowe lub ciemnoniebieskie. A tam wszyscy mają. Do okiennic dodajmy bujną pięknie roślinność, wszechobecną. Tam chyba w krwi płynie miłość do roślin. Bo to jednak zajmować się nimi trzeba, więc w Polsce nie każdy posiada kwiatki, kwiatuszki, a jak posiada, w domu najczęściej, to nie na balkonach. Być może wynika to z tych krótkich trzech miesięcy, kiedy na balkonowe rośliny pozwolić sobie możemy. Natomiast Włosi... każdy balkon ocieka zielenią. Podwórka zarośnięte. Płoty przed domami zarośnięte. Niesamowite.


Po drugie, co jest bardzo nieprzyjemne, Rzym jest strasznie zaśmiecony. W każdym możliwym kącie hałdy śmieci przeróżnych. Gdańsk po powrocie wydał mi się idealny, czyściutki, poukładany. W Rzymie jest chaos. Samochody zaparkowane wszędzie – na chodnikach, skrzyżowaniach, w dwóch rzędach. Czerwone światło i zielone mogłoby właściwie nie istnieć, bo i po co, skoro nikt na nie nie zwraca uwagi?... A jednak jest coś, co przyciąga w Rzymie.

Zatrzymany czas.

Niezmiennie te same place, fontanny sprzed setek, setek lat. Panteon co wyrasta niespodziewanie pośród krętych, brukowanych uliczek. Ma się wrażenie jakby był egzotycznym okazem pośród zmian zachodzących przez te wszystkie lata. Hiszpańskie Schody z bawiącymi się na nich włoskimi dziećmi. Zamyślone spojrzenia utkwione w przelewających się strumieniach wody na Piazza Navona. Koloseum ze swoim misternym i przemyślanym wykonaniem. Tą samą drogą dawno, dawno temu szli chrześcijanie na śmierć... Forum Romanum w gruzach myśli.

Wieczór spędzony na uroczym spacerze cudownie oświetlonymi wąskimi uliczkami. Schody wszechobecne, czarujące chwilą. Restauracje z wystawionymi stołami i krzesłami tętnią życiem. Godzina 20 i później – czas, kiedy widać, że Włosi żyją. Nie to co siesta, kiedy miasto zamiera.

W Rzymie jest leniwie. Z hotelowego pokoju rozciąga się widok drobnych, najwyżej kilkupiętrowych domków. Na horyzoncie nieśmiało zarysowane szczyty gór. Czerwieniący się zachód słońca. Chyba zawstydzony tymi śmieciami. Szept wody. Cisza snu.

To, co zdołałam zatrzymać dla siebie.

poniedziałek, 7 września 2009

Lokomotywa, 6 września 2009

 Choć jeszcze jest lato, pierwsze podmuchy chłodnego przyjemnie wiatru przesuwają opadłe liście, można powiedzieć, z kąta w kąt. Spod czarnej bardzo starej bramy zamiatane są w zagłębienia brukowanych ulic Starego Miasta. Leżą w parkach, pod ławkami, na których przysiadają zaaferowani swoimi sprawami zabiegani ludzie. Liście wsłuchują się w ich tajemne rozmowy, odkrywanie dusz. Zwykli i jak najbardziej niezwykli snują szeptem rozważania o swoim małym życiu i wielkości świata. Liście suną dalej, nucąc jesienną piosenkę o nowym, jakimś zupełnie nowym początku. 
 Wrzosy są hitem każdej kwiaciarni, każdej kawiarni. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jesień przynosi ze sobą fiolet i róż – dostojne, wyraźne, a jednocześnie bliskie i ciepłe. Nawet myśli mam bardziej fioletowe niż zwykle. I któż to znowu wymyślił, że róż jest brzydki, lalkowy, a do niego pasują tylko białe kozaczki?! Otóż róż ma swoją głębie, nasycenie. Jest jednocześnie frywolny i pełen umiaru, jeśli trzeba. Taktowność różu jest dla mnie sprawą oczywistą. 
 A wracając do przerwanego wątku, nie ma drugiej takiej pory roku jak jesień. Z miłości do jesieni jestem w stanie wytrzymać nawet długą smutną zimę. Mroźną, szarą, z ciemnością i chłodem o poranku, który zimą właśnie rozbiega się ze świtem. Jesień przynosi mi zawsze wiele ciężkiej, wyczerpującej pracy (od tego roku przez cały rok będzie jej tak samo dużo :)), a jednak spacer wśród tych (de facto martwych liści) jest rekompensatą wszystkich niedospanych nocy, wszystkich stresów. Trudno jest opisać fenomen jesieni – z jednej strony coś zasypia bezpowrotnie, z drugiej musi, aby mogło urodzić się nowe. 
 „Lokomotywa”, podobnie jak jesień (a może zwłaszcza jesienią) jest miejscem odpoczynku. Pociągi mają w sobie tego ducha refleksji nad minionym i nad przyszłym czasem. Jedziesz, a jednak zatrzymujesz się, aby pomyśleć, złapać oddech. Moja „Lokomotywa” to absurdalnie mój przystanek. Ile ja bym dała żeby zatrzymać wczorajszą chwilę samotności. Niedzielne popołudnie, kiedy byłam tylko ja ze swoimi myślami i Bóg blisko, tak blisko. Kiedy wszyscy ludzie byli bardzo odlegli, ale to przecież potrzebne czasami. Nie było mi smutno. 
 Pomyślałam o miłości do drugiego człowieka, o tym jak trudno kochać nieprzyjaciół, uniżać się przed innym, zawsze tę drugą osobę uważać za wyższą od siebie, oddawać potrzebującemu, poświęcać swój czas, pieniądze, komfort życia dla drugiej osoby. Nie upierać się przy swoim nawet, jeśli mam rację. Jezus był Bogiem i nie upierał się przy tym, aby traktowano go jak Boga, ale uniżył się i służył człowiekowi. Wiecie po czym poznaję naprawdę wielkich ludzi? Po tym, że nie wyczuwam, że są wielcy, nie zaznaczają zasięgu swojego wpływu, pozycji, stanowiska, ale potrafią być przy mnie, słuchać, mówić. Są. Są przede wszystkim. Pomyślałam więc o tym, jak dobrze, że to Bóg jest źródłem miłości. 
 Tam, w tej „Lokomotywie” pojawiło się małżeństwo z małą córeczką. Ja zajmowałam stolik dla czterech osób, a dla nich było miejsce tylko przy stoliku dwuosobowym. Powiedziałam, że się przesiądę, bo im będzie wygodniej. Uśmiechnęli się, podziękowali. Niedługo potem do „Lokomotywy” weszła młoda dziewczyna, chyba z mamą. Kiedy jadłam, ona zapytała mnie co jem, bo wygląda bardzo apetycznie. Ja z uśmiechem odpowiedziałam i pochwaliłam naleśnika z mielonym mięsem, żółtym serem i szpinakiem (polecam!). I wiecie co?... Było bardzo miło. 
 Ta jesień będzie jednak inna. Bo wśród bajecznych liści wyłaniają się cudowni ludzie, dla których zdecydowanie warto nie spać tych ośmiu wymarzonych godzin. Brakuje mi bardzo bliskości obcych twarzy, które w przeciągu jednego uśmiechu stają się miłe i kochane. Jest tylko jedna skuteczna na to rada – my najpierw musimy tacy być dla innych. A potem, co posialiśmy, to i żąć będziemy. :) 

PS. Jakimś nieznanym mi sposobem karteczka „Informacji nie udzielamy” zniknęła z kiosku! Czyżby odpowiedzialny za karteczkę pan lub odpowiedzialna pani byli czytelnikami mojego bloga? :)

sobota, 22 sierpnia 2009

Informacji nie udzielamy

          Ostatnimi czasy oczekując w umówionym miejscu na koleżankę, zwróciłam uwagę na karteczkę widniejącą na kiosku. Napis początkowo nie wydał mi się zaskakujący. „Informacji nie udzielamy”. Kiosk stoi tuż przy dworcu głównym, mnóstwo turystów latem, w związku z tym i mnóstwo pytań o kierunek, miejsca, wydarzenia, ulice. Sama kiedyś rozdawałam ulotki kilka metrów od tego kiosku i więcej czasu spędziłam na odpowiadaniu na pytania niż na monotonnym wciskaniu niechcianych karteczek. Przypomnienie tego faktu dało mi właśnie do myślenia. Przecież wówczas nie przyszło mi zupełnie do głowy żeby wykazywać się negatywnymi odczuciami w stosunku do owych zabłąkanych turystów. Wręcz przeciwnie, mogłam pomóc, a i oni wydawali się wdzięczni i spokojniejsi po rozmowie ze mną.
          Zaczęłam zastanawiać się z jakiego powodu ktoś przyczepił tę karteczkę. Fakt jest taki, że na pewno pytali i było ich wielu. Zapewne z czasem stało się owe pytanie uciążliwe dla sprzedawcy w kiosku. Dlatego postanowił przyczepić karteczkę. Zdaje się jednak, że powinien jeszcze umieścić ją w co najmniej trzech językach: angielskim, niemiecki i francuskim. Dla pewności. Oczywiście nie mogę wiedzieć na pewno, że motywacja sprzedawcy tak właśnie wyglądała, ale wydaje się to całkiem prawdopodobne. Być może w najbliższym czasie będę miała okazję zebrania informacji z pierwszej ręki, gdyż wybieram się do centrum. Wtedy rozszerzę ten akapit.
          Jednak nie interesuje mnie tylko ta pojedyncza sytuacja. Zaczęłam zastanawiać się czy wszyscy, generalnie (choć to zawsze jest krzywdzące stwierdzenie), nie przyczepiamy do siebie tego typu karteczek. Robimy to metaforycznie – morderczym spojrzeniem, obojętną miną, słuchawkami wczepionymi w uszy, odwróceniem głowy, szybkim i nagłym odejściem, krótkim „nie”, pogardliwym burknięciem. Czy nie jest tak, że izolujemy się od nieznajomych, nie chcemy im pomóc, choć być może ta pomoc polegałaby jedynie na potwierdzeniu, że przechodzień idzie we właściwym kierunku?
          „Informacji nie udzielamy”. A ja pytam: dlaczego? Dlaczego, jeśli ktoś podejdzie do mnie i zapyta, gdzie tanio można przenocować w Gdańsku, mam mu odpowiedzieć: „Nie udzielam informacji”. Mogę nie wiedzieć, to również jest informacja. Jednak czy wolno mi zostawić takiego człowieka samego jeśli dokładnie wiem, gdzie znajdzie nocleg? To, że nie pracuję w Informacji Turystycznej nie oznacza, że nie muszę mu pomóc. Może inaczej, ja nic nie muszę, ale czy nie byłoby nam milej, lepiej, łatwiej?
          W naszej relacji z drugim człowiekiem zawsze musimy spróbować odwrócić role. Co by było gdybym to ja potrzebował pomocy, kilku prostych słów? Nie tylko o kierunku podążania. Może poklepania po ramieniu, może wysłuchania, ciepłego uśmiechu? Jest tyle wokół ludzi spragnionych zainteresowania, relacji, ciepła, a my chodzimy zbyt często z wypisanym na czole: „To mój teren, nie waż się tu wchodzić.” Czy to nie jest przerażające? Czy nie powinniśmy czegoś zmienić?
          Niedawno rozmawiałam z pewną młodą dziewczyną, która przyjechała do Polski z USA na kilka miesięcy. Pytałam ją o naszą kulturę, co jest innego, co ją zaskakuje. Powiedziała mi, że nie może zrozumieć dlaczego po miesiącu ludzie na osiedlu wciąż się do niej nie uśmiechają. Zna ich twarze, kojarzy całe rodziny, widują się kilka razy w tygodniu, ale wszyscy jakby udawali, że widzą się po raz pierwszy. Jej kultura jest zupełnie inna od naszej. Ona przyzwyczajona jest do „zagadywania” ludzi, których widzi pierwszy raz na ulicy, do krótkiej rozmowy, do spontanicznej pomocy. Takie proste gesty... one zwyczajnie otwierają nas wzajemnie na siebie. Czy to nie jest i miłe, i dobre?
          Mam głęboką nadzieję, że bardzo przesadziłam z porównaniem „kioskowej” karteczki o nieudzielaniu informacji do ludzkiej obojętności na innych. Mam nadzieję, że to tylko incydent. Mam nadzieję, a jednak mocno przeczuwam coś zupełnie innego. Jednak w tego typu sprawach staram się być bardzo naiwna i do końca spodziewać się tylko dobrego.
          Bo i cóż mam powiedzieć Kochani... zmiany bolą.